Co się dzieje z naszym światem?

Debata redakcyjna z udziałem prof. Bartłomieja Dobroczyńskiego, o. dr. Jacka Prusaka SJ i ks. prof. Roberta Woźniaka

 Można odnieść wrażenie, że zmiany, które w ostatnich latach dokonują się na świecie, spowodowały głębokie przewartościowanie w świadomości ludzi. Na naszych oczach odchodzi w przeszłość świat, który znaliśmy, a ten nowy, który dopiero się wyłania,  niełatwo jest opisać. Ludzie szukają jakichś stałych punktów, czegoś, na czym można by się oprzeć, i nie znajdują. Zatem i my w redakcji postanowiliśmy zapytać o to, co się dzieje z naszym światem.

Zaprosiliśmy do rozmowy prof. Bartłomieja Dobroczyńskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego, ojca dr. Jacka Prusaka, jezuitę, znanego psychoterapeutę, wykładowcę na Akademii Ignatianum w Krakowie, i ks. prof. Roberta Woźniaka, teologa z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Rozmowa odbyła się późną jesienią 2015 r. w redakcji LISTU

 

Redakcja: Czy człowiek, w tej zmieniającej się tak szybko rzeczywistości, wciąż jeszcze szuka kontaktu z Panem Bogiem?

Bartłomiej Dobroczyński: Nie ma żadnego powodu, żeby człowiek kiedykolwiek szukał kontaktu z Panem Bogiem. Podajcie mi jakikolwiek powód do tego, żeby człowiek chciał takiego kontaktu.

Red.: Bo oszaleje z tęsknoty?

Dobroczyński: To nie jest odpowiedź. Jak można tęsknić za kimś, kogo się nie zna? Już św. Augustyn miał z tym wielki problem i dlatego stworzył pewną skomplikowaną formułę teologiczną. Wymyślił abditum mentis – zakątek umysłu, w którym Bóg odcisnął swoją pieczęć i w ten sposób otworzył człowiekowi ranę, która go pali, tak że nie może on znaleźć spokoju, dopóki nie znajdzie Boga. Tak twierdzi św. Augustyn.

Red.: Jak na chwilę usiądziesz i wmyślisz się w siebie, to odkryjesz tę rzecz w sobie. Chyba każdy ma w sobie taką tęsknotę.

Dobroczyński: Każdy? To jest twoje indywidualne świadectwo, które z szacunkiem odnotowuję, ale ja na przykład takiej tęsknoty nie mam. Ja chcę śmierci, która będzie jak wyjęcie z kontaktu, czyli natychmiast koniec, nic, zupełnie nic, nie czuć nic więcej. I to jest moje indywidualne świadectwo, które rozwala twój kwantyfikator.

Robert Woźniak: To jest nas już dwoje…

Dobroczyński: …że macie tęsknotę za Bogiem?

R. Woźniak: Tak.

Jacek Prusak SJ: Pozostaje pytanie, czym jest ta tęsknota za Bogiem? Tęsknota za Bogiem jest traumatyczna i w tym znaczeniu nikt nie chce mieć z nią nic do czynienia. To, co nazywacie tu tęsknotą za Bogiem, to tylko zamiana pragnień na potrzeby i do tego duża dawka dobrych emocji, żeby nie mieć poczucia bezsensu. To nie jest żadne pragnienie Boga…

R. Woźniak: Przepraszam, że przerwę, ale to jest bardzo apodyktyczne.

J. Prusak: To nie jest apodyktyczne. Kościół wiele mówi o tęsknocie za Bogiem, ale nie uczy, że ta tęsknota może być traumatyczna, nie uczy jak sobie z nią radzić, tylko jak ją oswajać. Bóg nie jest tym, za kogo Go bierzemy, najczęściej tęsknimy nie za Bogiem, ale za idolem. Kiedy pozwolisz Bogu być Bogiem, wtedy, jak mówi Rumi, musisz być psem, który jęczy. I to jest jedyna modlitwa warta tego pragnienia.

Red.: Co to znaczy, że tęsknota za Bogiem jest traumatyczna?

J. Prusak: To znaczy, że jest niezaspokajalna. Terapeuci z orientacji poznawczo-behawioralnej mówią, że ludzie zamieniają swoje pragnienia na potrzeby, bo wydaje im się, że pragnienia są tym samym co potrzeby. I w ten sposób stwarzają sobie problemy.

Ale z drugiej strony, nawet jeśli założyć, że teza o tęsknocie za Bogiem jest prawdziwa, to ona przejawia się w tym, że ludzie szukają duchowości nieinstytucjonalnej. Jeśli za czymś tęsknią, to właśnie za taką pozainstytucjonalną duchowością. Natomiast LIST jest kojarzony z bardzo konkretną formą tradycyjnej pobożności, która wyrasta z oficjalnych ruchów w Kościele i ma pogłębiać wiarę tych, którzy w nich uczestniczą. Dla większości osób z młodego pokolenia, z którymi mam do czynienia np. na uczelni, jest to obca ziemia, oni nie rozumieją nawet tego słownictwa.

Dobroczyński: To jest trafna diagnoza, ale ją uzupełnię: LIST był zawsze inteligentną, dość złożoną i wyrafinowaną ortodoksyjne formułą dla kogoś, kto jest dobrze w Kościele osadzony i kto nie kontestuje za bardzo Kościoła. Czasy się trochę zmieniły i dla współczesnego „normalnego” katolika jesteście za bardzo „odjechani” lub za bardzo lewicowi, dla innych katolików jesteście zbyt tradycyjni.

Red.: Nastąpiła, niestety, mocna religijna polaryzacja…

J. Prusak: Również polityczna. Popatrzcie na te pisma, które mają najwyższy target, prawicowe, czy kościelne. Jak one teraz „idą” politycznie. Wydaje się, że trzeba powiązać religię z polityką i wtedy dopiero ludzie będą czytać gazetę. Myślę, że młodsze pokolenie traktuje czytanie nie tylko jako poszerzanie wiedzy, ale jako jeszcze jedną formę przeżywania siebie światopoglądowo.

Dobroczyński: Czytanie jako wyraz tożsamości? Od wielu lat zachodzi taka sytuacja, że człowiek przede wszystkim zarządza swoją tożsamością. Ludzie mają Facebook, Twitter, Instagram. Nic innego nie robią, tylko zarządzają swoją tożsamością. Bez przerwy funkcjonują w sieci, ani na moment nie przerywają swojej tam obecności. To się robi nowa poszerzona formuła człowieka. Nieustannie musisz definiować, czy jesteś takim Polakiem, czy innym, musisz informować co lubisz, czego nie lubisz, czego słuchasz, jakie masz zdjęcia, jak spędziłeś wakacje, jaką masz kobietę, z jakim mężczyzną jesteś, jakie są twoje zdjęcia z wakacji. Młodzi cały czas w ten sposób funkcjonują.

J. Prusak: Byłem ostatnio w kinie ze studentami psychologii. Siedziałem obok pewnej studentki, która oglądając film równocześnie cały czas przeglądała Internet.

Dobroczyński: To się w psychologii nazywa syndrom stałej podzielności uwagi. Młodzi ludzie mają już inny typ uwagi, nie mają stałej, jednolitej, długotrwałej uwagi (np. czytasz „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta), mają uwagę rozproszoną, jednocześnie piszą mail, sms, sprawdzają Facebook, rozmawiają przez telefon. Robią piętnaście rzeczy na raz – dużo i płytko.

 Red.: Wróćmy do naszego podstawowego pytania: co się stało z człowiekiem, w takim szerszym znaczeniu? Bo coś się jednak stało.

R. Woźniak: Wydaje mi się, że kluczowy był tu rok 1989. Wtedy tego nie widziałem, miałem 15 lat, teraz widzę wyraźniej. To był rok przespany przez elity. W Polsce nastąpiła ustrojowa przemiana, natomiast w społeczeństwach, które dzisiaj nazywamy obywatelskimi lub tzw. Zachodem, był to czas bardzo późnej ponowoczesności (postmodernizmu). Jedną z jego cech jest nihilizm, który zapowiadał kiedyś Nietzsche. Tylko nie nihilizm braku wartości, ale nihilizm przewartościowania wszystkich wartości. W tej dziedzinie żadne społeczeństwo nie zostało pozbawione dziejowego wstrząsu i nie ma chyba na świecie człowieka, który nie byłby ofiarą tego wstrząsu. Proszę zwrócić uwagę: my wszystko natychmiast przewartościowujemy, czasami z dnia na dzień.

Do tego dochodzą bardzo szybkie przemiany technologiczne. W ciągu ostatnich dziesięciu, może nawet pięciu lat nastąpiły tak ogromne zmiany technologiczne, że moje pokolenie (rocznik 1974) jest już trochę wyautowane z tych zmian, nawet nie czuje potrzeby wejścia w nie. Natomiast młodzi ludzie żyją tymi zmianami. Nihilizm, o którym wspomniałem i którego nie oceniam, ale ujmuję fenomenologicznie, jako zjawisko przewartościowywania wszystkiego, powiększa się dzięki technicyzacji, przed którą ostrzegał nie tylko Heidegger, ale i Husserl. Technika wprawdzie skraca dystanse, ale nie wypracowuje żadnej bliskości. Przestajemy myśleć, żyjemy w jakiejś hekatombie, coraz bardziej rozpowszechnianej. Próbuję oczywiście nie wierzyć w spiskowe teorie dziejów. Mogę sobie wyobrazić, że ta przemiana nie ma żadnego „centrum dowodzenia”, że jest tylko procesem dziejowym, ale wszyscy jesteśmy jej ofiarami, wszyscy cierpimy. Trzeba postawić ważne pytanie: czy powinniśmy się dostosowywać do tej współczesnej produkcji człowieka, która jest o wiele bardziej niebezpieczna niż np. in vitro? Zresztą konia z rzędem temu, kto wie, kiedy to się zaczęło.

Dobroczyński: Zaczynało się w różnych momentach, a ostatecznie dokonała tego nauka. Jeśli szukać jakiegoś dominującego punktu widzenia współczesnej nauki, to jest nim pewna wersja neodarwinizmu, neoewolucjonizmu. Zgodnie z nią (a tak myśli, świadomie lub podświadomie, spora część świata, szczególnie w takich krajach jak Wielka Brytania, gdzie jest najwięcej ateistów), jeśli celem mojego życia są narodziny, kopulacja i śmierć, czyli podstawowe akty życiowe, to co mi pozostaje? Uprawiam na co dzień czysty darwinizm stosowany (jego kulturową formę), a więc staram się zdobyć jak najwyższą pozycję w hierarchii, jak najwięcej zarobić, jak najwięcej osiągnąć, żeby mieć jak najlepszy dostęp do partnerów seksualnych. I to jest wszystko czego chcę. W życiu nie ma nic więcej. Tak mówi współczesna nauka.

Red.: To się nie zmieniło przez wieki…

Dobroczyński: Zmieniło się, bo kiedyś ważna była religia i różne inne formy, które cię sublimowały i dawały nadzieję na szlachetniejszy sposób funkcjonowania. Dzięki temu byłeś w stanie żyć bez żadnych wymagań, niemal jak jezuita w czasach guarańskich republik w Ameryce Południowej. Zasuwałeś radośnie kilkanaście godzin dziennie, bo miałeś inną perspektywę. Są oczywiście różne codzienne przyjemności: rodzina, satysfakcja z pracy, satysfakcja z bycia z bliskimi, osiągnięcia sportowe czy inne. Ale zawsze w takich momentach opowiadam anegdotę o tym, jak pewien badacz holenderski dostał Nagrodę Nobla i dziennikarz go zapytał, co ta nagroda dla niego znaczy. A on odpowiedział: „Właściwie nic. Za kilka lat i tak będę pod ziemią”. W pewnym sensie to jest to, o czym mówił Ireneusz Kania, że wypracował się na świecie typ człowieka, który nie potrzebuje mieć żadnej nadziei.

Red.: Czy to znaczy, że religia umiera?

Dobroczyński: Wszystko zależy od sytuacji. Jeśli zostaniemy zaatakowani albo pojawi się wielki kryzys, religia ożyje. W 2007 roku, kiedy był kryzys bankowy, to w Soho w Londynie nawet bankierzy chodzili do kościoła. Bo jak trwoga, to do Boga. Przywołajmy jeszcze raz św. Augustyna. Wyobraźmy sobie, że sadzamy go tu obok i pokazujemy mu świat ze wszystkimi zdobyczami cywilizacji, również z Internetem i całą wirtualną rzeczywistością, że puszczamy muzykę, jakiej tylko zechce słuchać. On by pomyślał, że jest w Nowej Jerozolimie, w raju, bo wszystko już jest i wszystko jest możliwe.

Red.: A skoro wszystko jest, to po co szukać Boga? Ale my przecież nie mamy poczucia, że żyjemy w raju.

Dobroczyński: My ciągle pragniemy. Człowiek jest cały czas stymulowany przez reklamy i inne rzeczy, tak żeby bez przerwy pragnął. Nieustannie wytwarzają nam sztuczne potrzeby, pilnują, żebyśmy je zaspokajali, bo jak nie będziemy mieć tego i tamtego, to inni nie będą nas lubić. Nie będziemy mogli napisać na portalach społecznościowych co mamy i gdzie jedziemy na wakacje. Człowiek cały czas „zwija się” więc w tym socjodarwinizmie. Dzisiaj chodzenie do galerii handlowych zastąpiło chodzenie do kościoła. Tam w niedzielę jest najwięcej ludzi, to są współczesne świątynie, podobnie jak banki. Ważne jest, że kupujesz i masz. To się liczy.

Red.: W Polsce chyba bardziej oglądają, niż kupują, dlatego to się nazywa „galeria”.

R. Woźniak: Kiedy obserwuję ludzi wychodzących z kościoła, to jednak są mniej zmaltretowani, niż gdy wychodzą z galerii. Ale wróćmy do św. Augustyna, bo nam się gdzieś zgubił.

Dobroczyński: Przywołałem św. Augustyna w tym celu, żeby pokazać, że dla współczesnego człowieka obietnica religijna jest mglista w porównaniu z tym, co oferuje współczesny świat. Gdyby zapytać moich studentów, czego chcą w życiu, to z odpowiedzi wyniknęłoby, że chcą mieć fajnych partnerów, fajny seks, fajne podróże, mnóstwo fajnych przeżyć i fajnych przedmiotów.

Red.: Ludzie zawsze tego pragnęli.

J. Prusak: Tylko nie mieli dostępu, teraz mają.

Dobroczyński: Dawniej nie wiedzieli, że tego chcą, i nie mieli takich możliwości.

J. Prusak: Różni ich skala, ale nie pragnienia.

Dobroczyński: Skala wszystko zmienia. Jeżeli masz dwie kobiety we wsi i z jedną się ożenisz, to nie masz poczucia, że dużo tracisz. Ale jeśli codziennie na plakatach, w telewizji, na portalach widzisz mnóstwo kobiet i wszystkie cię interesują?

Red.: Czyli co? Świat dał wszystko tym młodym ludziom, a ponieważ oni gubią się i zatracają w tym ogromie, to może najlepszym sposobem będzie odcięcie ich, zabranie tych możliwości?

R. Woźniak: Można przyjąć inną strategię, czyli nauczyć ludzi, jak się poruszać w tym świecie.

Dobroczyński: Moja starcza mądrość mówi mi, że niestety żadna pedagogika tutaj nie zadziała. Każdy musi swój ciąg rozczarowań przeżyć. To tak jak z małżeństwem – większość jest nieudana, ale każdy myśli, że jemu się uda.

J. Prusak: Wiesz, w czym jest pociecha? Że się starzejemy jako społeczeństwo. A starość to ten czas, kiedy ludzie jeszcze raz zadają sobie ważne pytania, zaczynają szukać i czytać. Ciekawe są badania, które pokazały, że powstał bardzo silny trend w Kościele (niektórzy twierdzą, że nieodwracalny w tej chwili w Polsce). Otóż do kościołów nie wracają wykształcone kobiety, które dotąd zawsze brały na siebie obowiązek socjalizacji religijnej swoich dzieci i mężów. Teraz, po studiach, kobiety jak odejdą od Kościoła, to już do niego nie wracają.

R. Woźniak: A ja będę wciąż z nadzieją powracać do św. Augustyna, bo on odkrył coś bardzo ciekawego. W różnych momentach życia w różny sposób poszukiwał spełnienia. Dyskutował z neoplatonikami, miał romans z kobietą, potem dziecko, potem oddalił tę kobietę. Kiedy czytamy „Wyznania”, to przecież wyraźnie widzimy, że religia nie jest strukturą, którą można opisać na zasadzie: „brakuje mi” i „potrzebuję”. Augustyn żył według tej zasady przez większość swojego życia i opisuje to. Ale w pewnym momencie robi taką swoją fenomenologię – mówią, że pierwszą w historii świata – i daje opis doświadczenia wewnętrznego znakomicie usystematyzowanego, w którym chce pokazać, że istnieje pewna niewspółmierność między tym wszystkim, co rozumiał kiedyś jako szczęście i spełnienie, a tym co poznał w takim doświadczeniu, które nazwiemy iluminacją. Próbując znaleźć źródła tego doświadczenia widzi całkowitą nieciągłość z jakimkolwiek swoim wcześniejszym doświadczeniem.

Dobroczyński: Ja się całkowicie zgadzam, mam tylko jedno pytanie: czy jest to doświadczenie łatwo wywoływalne? Klasyczny teolog powinien powiedzieć, że nie jest wywoływalne w ogóle, bo Bóg nie jest w naszej mocy. W związku z tym nie można zaoferować czegoś takiego człowiekowi jako elementu wyposażenia. To jest działanie łaski – zdarzy się albo się nie zdarzy. Augustynowi się zdarzyło. Czy zdarzy się młodemu człowiekowi dziś?

R. Woźniak: Ale ja nie w tym kierunku. Ja chciałbym tylko powiedzieć, że jeśli mamy mówić, jak do człowieka dotrzeć, szczególnie do młodego człowieka, to być może kairos czasu, który przeżywamy, jest pewnego rodzaju końcem tego, co uważaliśmy za religijność. Pan powołał się tutaj na Bonhoeffera, który nie jest wcale takim anarchistą religijnym jak by się wydawało. On szlachetnie bada tę bardzo ciekawą myśl o bezwyznaniowym czy bezreligijnym chrześcijaństwie. To nie chodzi o krytykę instytucjonalizmu. Bardziej o to, by rozsupłać ten węzeł, który powstał między ludzką potrzebą a Bożym objawieniem. Chrześcijaństwo nie da się opisać jedynie jako doświadczenie – na pewno pierwszą definicją chrześcijaństwa nie jest ani doświadczenie, ani potrzeba doświadczenia.

Dobroczyński: Czy istnieje chrześcijaństwo bez doświadczenia?

R. Woźniak: Mówił pan o św. Janie od Krzyża. Jego nada, nada – „nic, nic”, żeby było todo, todo – żeby wszystko osiągnąć, to jest właśnie zanegowanie albo – podążając za Heideggerem – postawienie krzyża na pewnych moich doświadczeniach.

Dobroczyński: To jest bardzo subtelne rozumowanie, do tego potrzeba ogromnych narzędzi intelektualnych i dużej przestrzeni, w której musi się zmieścić np. odporność na czekanie, na niezrozumienie…

Red.: Mistyka ratunkiem dla świata?

Dobroczyński: No tak, tylko pytanie, czy jest we współczesnych ludziach miejsce na coś takiego. To, co ksiądz mówi, jest mi bardzo bliskie. Prowadzę zajęcia, których duża część jest poświęcona doświadczeniu mistycznemu, koncepcji duszy, która się rodzi z różnych opisów doświadczenia mistycznego. Mówimy o Mistrzu Eckharcie, św. Teresie z Avila, wewnętrznej twierdzy i siódmej komnacie, ale także o doświadczeniach innych religii. Są studenci, których to cieszy, bo ma posmak pewnej egzotyki, w takim sensie, jak gdybym ja stał się nagle koneserem muzyki Papuasów z Nowej Gwinei. Staram się pokazać podobieństwo rodzenia się doświadczeń mistycznych w różnych czasach i religiach. Problem polega na tym, że, tak jak ksiądz powiedział, jest to język odmienny od kościelnej pedagogiki dnia powszedniego. Żaden list Episkopatu nie będzie takim językiem napisany, nie pojawią się tam takie terminy jak nada, nada albo sanskryckie neti, neti czy todo, todo, żadna „twierdza wewnętrzna” czy „ukryta głębia duszy”.

Red.: Listy Episkopatu służą czemuś innemu. Ale nada, nada w kazaniach? Może byłby to atrakcyjny dla młodych język mówienia o Bogu?

Dobroczyński: Żyjemy w świecie utowarowionym. Dziś najatrakcyjniejsze rzeczy, to są rzeczy mocno zseksualizowane i powiązane z prestiżem. A domeną chrześcijaństwa jest pustynia, pustka, cisza. Elita chrześcijaństwa to Ojcowie Pustyni. Czy ktoś wyjdzie dziś do ludzi i powie na kazaniu: „Ludzie, wiecie co to jest pustynia wewnętrzna?”. U nas występuje jeszcze dodatkowy problem, bo religia jest często sposobem budowania tożsamości zbiorowej.

J. Prusak: Problem leży też w tym, że młodzi ludzie nie są dziś nauczani wiary, są co najwyżej socjalizowani religijnie. I tylko to kojarzy im się z instytucją Kościoła, więc się buntują. Ale trzeba pamiętać o jeszcze jednej sprawie. Znowu powołam się na badania, i to robione na dużych populacjach. One pokazują, że kiedy ludzie dojrzewają, słabnie w nich poczucie bliskości Boga. Dorośli wierzący mają w większości przypadków olbrzymie trudności z nazwaniem czegoś znaczącego w kategoriach bliskości z Panem Bogiem, ponieważ bliskość, którą pamiętają, to była ta bliskość, jaką mieli w dzieciństwie. Dorastając muszą się zmierzyć z trzema wyzwaniami rozwojowymi: z antropomorfizacją Boga, fizyczną i psychiczną, z nagrodą i karą. Żeby przez to przejść, człowiek musi się znacznie bardziej zaangażować w wiarę, a nie dostaje na to feedbacku, ponieważ religijność instytucjonalna jest utrzymywana o poziom niżej. Ci, którzy wykonają jakiś ekstra krok w kierunku rozwoju swojej wiary, dostaną ten feedback, ale to jest zaledwie garstka. Nie można tego zrobić dla całości, ponieważ system jest oparty na zupełnie innej zasadzie. System podtrzymuje antropomorficzne obrazy Boga, który nagradza i karze. Być może chrześcijaństwo, żeby przetrwać, musi się radykalnie zmniejszyć.

R. Woźniak: Słowo „musi” jest niewłaściwe, bo znaczyłoby, że samo chce się zmniejszyć.

Red.: Mówimy o chrześcijaństwie w Europie? Bo np. w Chinach chrześcijaństwo się nie zmniejsza, a zwiększa.

J. Prusak: Chrześcijaństwo w Chinach nie ma się co zmniejszać, bo ono dopiero się tam rodzi. To po pierwsze, a po drugie: rozwija się tam w bardzo problematycznym kierunku – pentekostalnym, zielonoświątkowym.

R. Woźniak: Nie dajecie mi wciąż dokończyć tej jednej myśli. Pozwólcie, że ją w końcu dopowiem. Otóż, na czym polega moim zdaniem atrakcyjność chrześcijaństwa? Na czymś, co każdy odkrywa na swoim poziomie: jedni odkryją to na poziomie intelektualnym, inni emocjonalnym, uczuciowym, ktoś inny będzie to tylko przeczuwał i będzie potrzebował w życiu bardzo prostych formułek, czyli czegoś, co byśmy nazwali religijną skorupą. To „coś”, co odkrywamy, co tak fascynuje ludzi od wieków w chrześcijaństwie, to jest to, co powiedział Jezus. On zaproponował alternatywną wizję świata. Żyjemy w świecie…, jak to pan profesor nazwał? W towarowym świecie?

Dobroczyński: Utowarowionym.

R. Woźniak: Żyjemy w świecie utowarowionym, czyli jestem zamknięty w kręgu beznadziejnej, nieułaskawionej wymiany ekonomicznej. To mnie zabija. A Jezus przychodzi i mówi: nie musisz być od tego zależny. I to nie jest jakieś idealistyczne hasło. Ta myśl leży w samym rdzeniu chrześcijaństwa. Tischner o tym genialnie mówił: chrześcijaństwo jest wydarzeniem w krainie nadziei. Jedynie ono mogło odpowiedzieć na fatalizm doświadczenia świata Greków i Rzymian. Oni mieli poukładany świat, ale tym światem zarządzała Mojra – Mojra towarów, Mojra bogów – bo bogowie także musieli jej ulegać. A popatrzmy na Teresę z Avila, o której pan profesor też wspomniał. Dla niej kluczowym tekstem ewangelicznym było spotkanie Jezusa z Samarytanką przy studni. Samarytanka przychodzi i mówi, że miała pięciu mężów. Ona znajduje się właśnie w tym zamkniętym cyklu pragnienia jakiejś realizacji w życiu. A On do niej mówi: Daj mi pić! Potem się okazuje, że to ona jest pragnąca, a On ma wodę, która może sprawić, że ona przestanie wreszcie pragnąć. Wyrwie się z tego zaklętego kręgu. Myślę, że ten mistyczny rdzeń chrześcijaństwa jest dostępny dla wszystkich, nie tylko dla elit gadających przy ciepłej herbatce. Teresa z Avila to była prosta kobieta, która mówiła do swoich sióstr: „Bóg w kuchni między garnkami lubi chodzić”.

To jest chrześcijaństwo, którego potrzebuje dzisiaj człowiek. Słychać to w konfesjonale, także podczas rozmów, kiedy człowiek przychodzi do księdza i mówi, że nie potrafi poradzić sobie ze swoimi pragnieniami, których ma tak wiele i nie jest w stanie ich zrealizować. Jestem pewien, że im bardziej  świat przybiera postać utowarowienia, tym bardziej chrześcijaństwo jest aktualne.